Holandia 1975 bb

Zdzisław Styczeń - pierwszy niezrzeszony piłkarz w kadrze

Zdzisław Styczeń (siedzi drugi od lewej) wystąpił na igrzyskach olimpijskich w Paryżu już jako zawodnik Wisły Kraków.Zdzisław Styczeń (siedzi drugi od lewej) wystąpił na igrzyskach olimpijskich w Paryżu już jako zawodnik Wisły Kraków.

Zdzisław Styczeń cieszył się wielkim uznaniem i popularnością w kapitanacie związkowym PZPN. Pomimo, że zawodnik znajdował się w kryzysie, był zdyskwalifikowany i nie grał w piłkę, to selekcjonerzy zabrali go na mecz reprezentacji w Sztokholmie.

Styczeń był przedwojenną legendą Cracovii, której barwy reprezentował ponad 10 lat i w tym czasie wywalczył mistrzostwo Polski. Z klubem rozstał się w nieprzyjaznej atmosferze. Jak podawała ówczesna prasa piłkarz planował wyjechać do Rzeszowa i tam podjąć dobrze płatną pracę oraz rozpocząć treningi w miejscowym klubie Resovia. Cracovia nigdy nie zgodziła się na wyjazd zawodnika, na domiar złego, zdyskwalifikowała go na okres aż sześciu miesięcy! Styczeń był załamany, ale jako niezrzeszony piłkarz dostał powołanie do reprezentacji Polski na mecz ze Szwecją rozegrany w maju 1924 r. Selekcjoner Adam Obrubański nie chciał jednak ryzykować i Styczeń cały mecz przesiedział na ławce rezerwowych. W maju 1924 r. zawodnikowi skończyła się dyskwalifikacja, ale nie wrócił już do Cracovii, tylko związał się z lokalnym rywalem Wisłą Kraków, którą reprezentował w następnym meczu z Węgrami oraz na igrzyskach w Paryżu.   

"Piłkarska wojenka" Apostela z Wójcikiem

Henryk Apostel prowadził reprezentację Polski w latach 1993-1995. Fot. Jerzy Kleszcz/Reprezentacja1921.plHenryk Apostel prowadził reprezentację Polski w latach 1993-1995. Fot. Jerzy Kleszcz/Reprezentacja1921.pl

Po wspaniałym sukcesie młodzieżówki na igrzyskach olimpijskich w Barcelonie w 1992 r. trener Janusz Wójcik znalazł się na ustach całej Polski. Był przekonany, że to właśnie on wkrótce poprowadzi pierwszą reprezentację Polski. Po dymisji Andrzeja Strejlaua, w grudniu 1993 r. nowym selekcjonerem wybrano Henryka Apostela. To właśnie wówczas miała rozpocząć się „piłkarska wojenka” pomiędzy Apostelem a Wójcikiem. Piłka Nożna często zamieszczała artykuły związane z tym tematem. – W „Pilce Nożnej” przeczytałem jego (Janusza Wójcika - red.) wypowiedź, że wyselekcjonował większość graczy dla mojej reprezentacji. Trudno nie nazwać tego inaczej, jak bezczelnością. Czy ja przypisuje sobie medal Piechniczka? A przecież z jego piłkarzami pracowałem wcześniej jako trener juniorów i młodzieżówki! Przecież z zawodnikami obecnej kadry jeszcze przed Wójcikiem pracowali Śledzianowski i Broniszewski. To może także ich gracze!” – mówił na łamach Piłki Nożnej zdenerwowany Henryk Apostel. Pewnego dnia obaj trenerzy próbowali złagodzić konflikt, a właściwie pierwszy krok w tym kierunku postawił Janusz Wójcik, który zaprosił Henryka Apostela na przysłowiowy kieliszek wódki. Ówczesny selekcjoner zdecydowanie odmówił przystąpienia do wspólnej biesiady.  

Przygoda Henryka Apostela z kadrą nie trwała długo, bo już po meczu z Azerbejdżanem 0-0 w eliminacjach do mistrzostw Europy, w listopadzie 1995 r. poddał się on do dymisji. Jego następcą został Władysław Stachurski, a następnie Antoni Piechniczek. Dopiero jesienią 1997 r. Janusz Wójcik spełnił swoje marzenie i poprowadził pierwszą reprezentację Polski w meczach międzypaństwowych.  

Tajemnicze pozdrowienia dla Stefana Florenskiego

Tajemnicza widokówka od fana - prawdopodobnie byłego niemieckiego piłkarza Viktorii Racibórz. Zdjęcie dzieki uprzejmości Susanny Florenskiej-MrozTajemnicza widokówka od fana - prawdopodobnie byłego niemieckiego piłkarza Viktorii Racibórz. Zdjęcie dzięki uprzejmości Susanny Florenskiej-Mroz

Drużyna Viktorii Racibórz z 1931 roku. Zdjęcie dzieki uprzejmości Susanny Florenskiej-MrozDrużyna Viktorii Racibórz z 1931 roku. Zdjęcie dzieki uprzejmości Susanny Florenskiej-Mroz

Piłkarze reprezentacji Polski mają swoich kibiców na całym świecie. Okazuje się, że nawet niemieccy fani podziwiają zawodników z orłem na piersi. A wszystko zaczęło się podczas pamiętnego meczu Niemcy – Polska z 20 maja 1959 r. Biało-czerwoni po 21 latach przerwy ponownie zmierzyli się z Niemcami, którzy rok wcześniej wywalczyli czwarte miejsce na mistrzostwach świata. Mecz rozegrany w Hamburgu zapisał się w annałach polskiej piłki. Polacy blisko byli sprawienia ogromnej sensacji, gdy do 80 minuty prowadzili 1-0 po bramce Krzysztofa Baszkiewicza. Podopieczni Josefa Herbergera rzucili się do szaleńczych ataków i jeden z nich przyniósł wyrównanie. Mecz zakończył się rezultatem 1-1, co było sporą sensacją. Schodzącą w przerwie drużynę polską niemiecka publiczność nagrodziła brawami, natomiast gospodarze zostali wygwizdani.  

Jednym z bohaterów meczu był obrońca Stefan Florenski. Gwiazdor Górnika Zabrze zrobił wyśmienitą karierę i zdobył aż dziewięć tytułów mistrza Polski! Zawsze imponował nienaganną kondycją, wytrzymałością, nigdy nie oszczędzał się. W zespole przy Roosevelta w wciągu 15 lat rozegrał ponad 250 ligowych spotkań. Ponadto „Florek” reprezentował 11-krotnie biało-czerwony trykot. Był bliski wyjazdu na igrzyska do Rzymu, ale wówczas doznał poważnej kontuzji. Kolejni selekcjonerzy już nie powoływali zawodnika do kadry, bo decydowała o tym… polityka oraz konflikty zawodnika z działaczami. Dopiero po dziesięciu latach przerwy ponownie założył biało-czerwony strój.

Wracając do meczu z Niemcami, kontuzjowany Florenski opuścił boisko na 10 minut przed końcem pierwszej połowy z powodu zderzenia się z zawodnikiem gospodarzy. Być może efektowna gra oraz jego fantastyczne i skuteczne wślizgi (był ich prekursorem w naszym kraju) zrobiły ogromne wrażenie na kibicach z Niemiec. Jeden z nich o nazwisku Karl Kubitza, goszczący na meczu Niemcy – Polska,  przekazał widokówkę z pozdrowieniami dla Florenskiego. Nadawca napisał na zdjęciu, że zostało ono zrobione podczas meczu Sparta Nürnberg – Viktoria Racibórz 1-0 w 1931 r. - decydującym o tytule mistrza. Więcej na ten temat wyjaśnia znawca przedwojennej śląskiej piłki, Mariusz Kowoll. – „To niemieckie drużyny Deutsche Jugendkraft należące do organizacji kościelnej, które nie były zrzeszone w niemieckim związku DFB”. Według Kowolla, piłkarz o nazwisku Kubitza występował później w Sportfreunde 21 Ratibor, a następnie w najstarszym klubie na Górnym Śląsku, FV Ratibor 03.  

Stefan Florenski cieszył się dużym uznaniem u naszych zachodnich sąsiadów, nawet biegle rozmawiał w języku niemieckim. Podczas wspomnianego meczu z Niemcami na trybunach gościli przedstawiciele trzech niemieckich klubów – z 1.FC Nürnberg, Bayeru Leverkusen oraz Borussi Mönchengladbach. Niemcy byli tak bardzo zdeterminowani sprowadzeniem piłkarza Górnika, że nawet pojechali na lotnisko, w nadziei, że Polak zmieni zdanie. Wówczas wyjazd z kraju był zakazany.

Robert Gadocha - pierwszy "stranieri" w reprezentacji

Gadocha

Robert Gadocha przeszedł do historii nie tylko z powodu swoich wybitnych osiągnięć piłkarskich, ale został pierwszym polskim piłkarzem, który zagrał w reprezentacji Polski reprezentując barwy zagranicznego klubu. W meczu eliminacyjnym do mistrzostw Europy rozegranym 19 kwietnia 1975 r. na Stadio Olimpico w Rzymie (Włochy – Polska 0-0) Gadocha był już piłkarzem francuskiego FC Nantes.

Wychowanek Garbarni Kraków oraz były hokeista klubu Dębnicki Kraków do dziś kojarzony jest głównie z niesławnym wydarzeniem z 1974 r., kiedy zagarnął wyłącznie dla siebie „premię” 18 tysięcy dolarów, które podarowała Argentyna w zamian za zwycięstwo Polaków z Włochami.

A przecież Gadochę trzeba szanować z innych powodów – przede wszystkim piłkarskich. Jako 20-latek zadebiutował w Legii. Szybko wywalczył pozycję lidera, bo nikt inny nie posiadał tyle zalet, co on. Wystarczy wspomnieć, że najlepiej panował nad piłką, imponował dryblingiem oraz świetnie wykonywał rzuty wolne. Tylko Gadocha potrafił popisać się fantastycznym rajdem przez niemal całe boisko, ograć kilku rywali i dośrodkować na pole karne. Ten najlepszy lewoskrzydłowy w dziejach reprezentacji zanotował aż dwanaście asyst na szesnaście bramek Polaków podczas mundialu w Niemczech!

Pomysł z wyjazdem za granicę narodził się u piłkarza już podczas olimpiady w 1972 r. (legalnie zawodnik mógł wyjechać za granicę dopiero, gdy ukończył 31 lat, a Gadocha miał 26). Po długich rozmowach z PKOL i PZPN, w końcu dostał zielone światło na opuszczenie kraju, ale spełniony musiał być jeden warunek - biało-czerwoni musieli osiągnąć dobry wynik na igrzyskach. Kiedy więc wracał ze złotym medalem, był przekonany, że dolary ma już w kieszeni.

Władze odmówiły mu jednak wyjazdu. – „Zostałem oszukany!” – wspominał wielokrotnie załamany Gadocha. Kolejne interwencje nie przynosiły rezultatu, dopiero sekretarz PZPR – Edward Gierek ulitował się nad piłkarzem.

Robert Gadocha wspominał w wywiadzie dla Józefa Walawki z Piłki Nożnej, że był bliski podpisania umowy z najlepszą klubową drużyną Bayernem Monachium. – „Płacili mi ogromne pieniądze, proponowali najnowsze BMW, sam kapitan Franz Beckenbauer uparł się, aby sprowadzić mnie do swojej drużyny”. Ale do transferu nie doszło, bo podobno napastnicy Bayernu wystraszyli się konkurencji. Mniej więcej w tym samym czasie również Francuzi przyjeżdżali do Warszawy. Dzięki pracującemu w Nantes Robertowi Budzyńskiemu udało się sfinalizować umowę. 

Życie we Francji miało być sielanką, a okazało się być mrzonką. Gadocha wyjechał za granicę już z urazem mięśnia kręgosłupa, który ostatecznie stanął mu na drodze w profesjonalnej karierze. Po zaledwie kilkunastu miesiącach zrezygnowany wyjechał do Stanów Zjednoczonych, gdzie osiadł na stałe.    

        

Aktualności