Holandia 1975 bb

1978-12-03 Iraklís Saloniki – Polska B 1-0

 

Szansę gry w drużynie olimpijskiej dostał Tadeusz Małnowicz (pierwszy z lewej) z Ruchu Chorzów - prawdziwe odkrycie jesieni 1978 i lider najlepszych strzelców. Fot. Archiwum Szansę gry w drużynie olimpijskiej dostał Tadeusz Małnowicz (pierwszy z lewej) z Ruchu Chorzów - prawdziwe odkrycie jesieni 1978 i lider najlepszych strzelców. Fot. Archiwum

Grudniowy mecz z Iraklisem Salonikiem był drugim i zarazem ostatnim występem w 1978 r. naszej drużyny olimpijskiej przygotowującej się do kwalifikacji turnieju Moskwa’80. Pojedynek ten miał otwierać tournée polskich piłkarzy po Grecji. Okazało się jednak, że również kończył. Do innych spotkań bowiem nie doszło, a nasi piłkarze, nie posmakowawszy podobno nawet greckiego słońca, wrócili do kraju w nie najlepszych nastrojach. 

Po łódzkiej potyczce w październiku 1978 r. z zespołem Rumunii B drużyna Edmunda Zientary miała w planach jeszcze kilka gier kontrolnych. Kolejnym przeciwnikiem miała być druga reprezentacja Holandii. Do zaplanowanego na 25.10 we Wrocławiu rewanżu za wiosenną grę w Kerkrade jednak nie doszło, tak samo jak do meczu z Włochami - 15.11 we Wrocławiu. PZPN miał duże trudności ze znalezieniem sparingpartnerów dla naszych olimpijczyków. Nie chcieli polskiej drużyny w Kuwejcie, w którym gościł przecież w lutym przygotowujący się do argentyńskiego mundialu zespół Jacka Gmocha. Jak twierdził Zientara, zadecydowały względy niezależne od związku, choć mogło się wydawać, że nasza drużyna olimpijska byłaby idealnym rywalem dla Kuwejtczyków, rozpoczynających na początku grudnia turniej Igrzysk Azjatyckich. Zientarze zależało jednak na grze jeszcze jesienią. Wiedział bowiem, że wiosną nie będzie zbyt dużo czasu na kolejne próby, zwłaszcza że w tym samym czasie swoje batalie w eliminacjach ME rozgrywać będzie pierwsza reprezentacja Ryszarda Kuleszy oraz zespół młodzieżowy Waldemara Obrębskiego, co mocno komplikowało sprawę powołań intersujących go piłkarzy. Gdy więc pojawiła się propozycja rozegrania na początku grudnia w Grecji 2-3 spotkań z tamtejszymi drużynami klubowymi, przyjęto ją bez wahania. Pod koniec listopada okazało się, że nasza drużyna spotka się z Iraklisem Saloniki oraz z AE Larisa. Nieznany pozostawał natomiast trzeci przeciwnik. Polacy mieli go poznać dopiero na miejscu.

Wcześniej, bo 13 listopada, polscy piłkarze dowiedzieli się, z kim przyjdzie im zagrać  w kwalifikacjach turnieju olimpijskiego w Moskwie. Losowanie w Madrycie nie było zbyt łaskawe. Nasza drużyna rozpoczynała co prawda eliminacje dopiero od drugiej rundy, podobnie jak zespoły Francji, RFN i Jugosławii, trafiła jednak na silnych rywali - zwycięzców dwumeczów: Czechosłowacja – Bułgaria i Węgry – Rumunia.

Z greckim tournée Edmund Zientara wiązał duże nadzieje. Trzy mecze, jakie miał rozegrać nasz zespół, były doskonałą okazją do oceny przydatności kolejnej grupy zawodników. - „Będzie to początek tworzenia nowego zespołu olimpijskiego” – cytował naszego trenera Przegląd Sportowy.  W selekcji Zientarze pomagał Ryszard Kulesza, który towarzyszył również drużynie podczas wyjazdu. Nic w tym dziwnego. Kilku piłkarzy kandydowało bowiem do pierwszej reprezentacji. Kulesza miał więc okazję, żeby przyjrzeć się im bliżej.

Tak jak w październiku, tak i tym razem Zientara nie miał do dyspozycji wszystkich piłkarzy. Zabrakło bowiem zawodników naszej eksportowej dwójki, grającej zresztą z powodzeniem w europejskich pucharach. - „Przy ustaleniu składu ekipy nie braliśmy pod uwagę piłkarzy Wisły Kraków, którzy mają za sobą bardzo wyczerpujący sezon oraz Śląska Wrocław, który 6 grudnia rozegra u siebie rewanżowy mecz z Borussią Mönchengladbach” – tak Zientara tłumaczył brak powołań w rozmowie z Przeglądem Sportowym. Kolejni, i to ważni gracze, wypadli już po ogłoszeniu kadry. Kapitan zespołu Stanisław Burzyński z łódzkiego Widzewa musiał pozostać w kraju ze względu na sprawy rodzinne, a Romana Ogazę z Szombierek Bytom i próbowanego już z Rumunią Emila Szymurę z Górnika Zabrze – zatrzymały kłopoty zdrowotne, tak samo jak tuż przed wyjazdem Józefa Adamca z opolskiej Odry. Zastąpić ich mieli zawodnicy sprawdzani już przez Zientarę: Marian Galant z ŁKS Łódź i Albin Mikulski z chorzowskiego Ruchu, a także znajdujący się w kadrze na spotkanie w Łodzi bramkarz Andrzej Brończyk z Zawiszy Bydgoszcz.

Szczególnie dotkliwy wydawał się być brak Romana Ogazy, piłkarza o dużych umiejętnościach i doświadczeniu, jedynego spośród kadrowiczów Zientary, który miał już olimpijskie szlify i srebrny medal, wywalczony w Montrealu wraz z zespołem Kazimierza Górskiego. Zawodnik ten, po zmianie latem drugoligowego GKS Tychy na bytomskie Szombierki, zaliczył bardzo udaną rundę jesienną. Strzelał bramki i w ekstraklasie, i w reprezentacji Ryszarda Kuleszy, a w klasyfikacji Złotych butów katowickiego Sportu na najlepszych ligowców przewodził przed Burzyńskim. Dodać przy tym należy, że Ogazę z wyjazdu z kadrą wyeliminowały … dolegliwości żołądkowe. Piszę o tym nie bez powodu. Przypadłość ta jeszcze kilka razy stanie mu na przeszkodzie w występach w zespołach narodowych, w tym w drużynie Zientary, a za dwa lata Ogaza dolegliwości te odczuje wyjątkowo boleśnie. Właśnie z ich powodu piłkarz zostanie zdyskwalifikowany przez PZPN, osłabiając Szombierki walczące o mistrzostwo Polski… To jednak zupełnie inna opowieść.

Ostatecznie do Grecji wyjechało 15 piłkarzy. Kadrę tworzyli bramkarze: Józef Młynarczyk (1953, Odra Opole), Andrzej Brończyk (1951, Zawisza Bydgoszcz); obrońcy: Marian Galant (1955, ŁKS Łódź), Adam Topolski (1951, Legia Warszawa), Roman Wójcicki (1958, Odra Opole), Rudolf Wojtowicz (1959, Szombierki Bytom), Edward Załężny (1957, Stal Mielec); pomocnicy: Włodzimierz Ciołek (1956, Stal Mielec), Henryk Miłoszewicz (1955, ŁKS Łódź), Wiesław Korek (1951, Odra Opole), Eugeniusz Nagiel (1951, Szombierki Bytom); napastnicy: Tadeusz Małnowicz (1953, Ruch Chorzów), Edward Socha (1955, Górnik Zabrze), Wojciech Tyc (1950, Odra Opole), Albin Mikulski (1957, Ruch Chorzów).

W porównaniu do łódzkiego meczu z Rumunią Zientara wymienił połowę składu. W kadrze pojawiło się kilku utalentowanych zawodników, wyróżniających się w rundzie jesiennej na boiskach naszej ekstraklasy, którymi interesował się zarówno Ryszard Kulesza, jak i grających w zespole młodzieżowym Waldemara Obrębskiego.

Aż pięć powołań, uwzględniając nieobecnego Adamca, dostali piłkarze Odry Opole. Nic dziwnego. Wszak opolanie pod wodzą Antoniego Piechniczka zostali rewelacyjnym mistrzem jesieni, a ich efektowne 5-3 z warszawską Legią przy Łazienkowskiej przeszło do historii naszej ligowej piłki nożnej jako „opolskie Wembley”. Zabrakło co prawda w kadrze bohatera tamtego spotkania – błyskotliwego Alfreda Bolcka, który ustrzelił wówczas hat-tricka - ten będzie jeszcze musiał poczekać na swój debiut u Zientary.  Byli za to inni uczestnicy tamtego meczu - Wiesław Korek i Wojciech Tyc - zdobywcy czwartej i piątej bramki dla Odry, a także Józef Młynarczyk, który przepuścił dwa gole Kazimierza Deyny – ostatnie zdobyte przez niego dla Legii, i Roman Wójcicki, tworzący wraz ze wspomnianym Józefem Adamcem duet środkowych obrońców.

Szansę od Zientary dostał Tadeusz Małnowicz, próbowany już przez Ryszarda Kuleszę w meczu przeciwko Rumunii w Bukareszcie. Piłkarz stanowił prawdziwe odkrycie rundy jesiennej – jeszcze wiosną w barwach drugoligowego BKS Stal Bielsko-Biała, a teraz lider ligowych strzelców. Inna rewelacja ligi to Włodzimierz Ciołek z mieleckiej Stali, do której w lipcu przeniósł się z Górnika Wałbrzych. Na początku października piłkarz ten zaliczył udany debiut w drużynie U-21 przeciwko ZSRR, zdobywając zwycięską bramkę. Jego walory docenił również Kulesza, dając mu szansę w kadrze A, podobnie jak Małnowiczowi, we wspomnianym meczu z Rumunami. Drugim z mielczan powołanym przez Zientarę był twardo grający obrońca Edward Załężny. Ten dla odmiany był etatowym zawodnikiem drużyny młodzieżowej Waldemara Obrębskiego, w której wystąpił we wszystkich 10 meczach, jakie zespół rozegrał w 1978 r. Z nowych graczy w składzie kadry wymienić należy jeszcze solidną dwójkę dobrze spisujących się jesienią w lidze Szombierek Bytom – czołowego strzelca tej drużyny Eugeniusza Nagiela oraz mogącego grać jako obrońca lub pomocnik, uniwersalnego Rudolfa Wojtowicza, już próbowanego w pierwszej reprezentacji i to zarówno w zespole Kazimierza Górskiego, z którym wyjechał w lutym 1976 do hiszpańskiego Torremolinos, jak i Jacka Gmocha, który dał mu szansę reprezentacyjnego debiutu i powołał go nawet do szerokiej 40-osobowej kadry na argentyński mundial.

Zbiórkę kadry wyznaczono 29 listopada w hotelu klubowym warszawskiej Skry, natomiast 1 grudnia rano zespół wyleciał z Okęcia do Grecji.

Rywal naszej drużyny – zespół Iraklisu z Salonik – to jeden z najstarszych klubów Grecji. Założony w 1908 r., pomimo długiej historii nie odnosił większych sukcesów, pozostając w cieniu lokalnych rywali Arisu i PAOK. Dopiero w 1976 r. Giraios, jak ich nazywają kibice, zdobyli krajowy puchar po dramatycznym meczu z Olympiakosem Pireus, który rozstrzygnął dopiero konkurs rzutów karnych. W składzie tego zespołu znajdowało się kilku aktualnych  reprezentantów Grecji, jak chociażby regularnie powoływany wówczas do kadry obrońca Charalambos Xanthopoulos, który będzie współautorem sensacyjnego awansu Greków na turniej EURO’80, a ponadto pomocnik Vagelis Kousoulakis oraz napastnicy Ilias Alexiadis i Dimitris Gesios. Wszyscy oni pozostawali jednak w cieniu Vassilisa Hatzipanagisa – postaci niezwykłej i piłkarza nietuzinkowego, z racji swoich umiejętności zwanego „greckim Maradoną”. Ten urodzony w Taszkiencie, w Uzbekistanie, syn greckich imigrantów, jeszcze w 1975 r. był zawodnikiem miejscowego Pachtakoru. Udało mu się nawet wystąpić w barwach ZSRR w eliminacjach igrzysk olimpijskich w Montrealu. I choć był zaliczany do jednego z najlepszych piłkarzy w historii greckiego futbolu, a UEFA z okazji swojego jubileuszu wybrała go nawet greckim piłkarzem półwiecza, gra dla ZSRR sprawiła, że nie mógł występować w barwach Hellady, dla której zagrał jedynie dwa razy – w debiucie, w maju 1976 r. w Atenach przeciwko naszej reprezentacji, a później w 1999 r. – w swoim benefisie, przez 20 minut meczu z Ghaną. Trenerem Irakslisu był natomiast Antoni Brzeżańczyk, do którego niebawem dołączy nasz ex-reprezentant Henryk Wawrowski – pierwszy polski piłkarz w lidze greckiej. Brzeżańczyk - niegdyś selekcjoner naszej reprezentacji, był jednym z niewielu polskich trenerów, który odnosił sukcesy nie tylko na krajowych boiskach, ale również za granicą.  W 1972 r. zdobył mistrzostwo i puchar Polski z Górnikiem Zabrze. W sezonie 1975/76 prowadził natomiast słynny Feyenoord Rotterdam, z którym zdobył wicemistrzostwo Holandii. W następnym – 1976/77 – wywalczył wicemistrzostwo austriackiej Bundesligi z Rapidem Wiedeń.

BrzezanczykTrener Iraklisu Saloniki Antoni Brzeżańczyk. Fot. Nationaal Archief

Mecz z Iraklisem w Polsce przeszedł właściwie bez echa. Występ naszych olimpijczyków znajdował się nieco w cieniu rozgrywanego trzy dni później, wspomnianego już wcześniej pojedynku w 1/8 Pucharu UEFA pomiędzy wrocławskim Śląskiem a Borussią Mönchengladbach. Kibice w kraju poznali wynik jedynie na podstawie krótkiej notatki Polskiej Agencji Prasowej, powielanej przez większość naszej prasy. Ten był niestety niekorzystny dla naszego zespołu, który uległ Grekom 0 -1 (0 -1), tracąc bramkę już w pierwszej połowie. Więcej szczegółów przekazał dopiero po powrocie kadrowiczów do kraju Edmund Zientara, który tak oto opisał w Sporcie przebieg spotkania – „Spotkanie z Iraklisem miało dwa oblicza. Do przerwy było mało ciekawe, wolne. Po zmianie pól natomiast mogło już zadowolić sympatyków futbolu. Przyczyną tego była przede wszystkim słaba postawa naszych „olimpijczyków” w I połowie. Grali oni nieśmiało, statycznie, wyczekując na ataki rywali. Brakowało też zrozumienia. Zapewne duży wpływ miało na to boisko, na którym rozegrano spotkanie – gliniaste twarde klepisko z rzadka porośnięte trawą. Zanim Polacy przyzwyczaili się do takiej nawierzchni minęło 45 minut, w których stracili bramkę. Podopieczni trenera Brzeżańczyka też nie błyszczeli, ale trzeba powiedzieć, że to dobrze wyszkolona, zaawansowana taktycznie drużyna. Stąd w drugiej odsłonie meczu, gdy zaczęliśmy grać bojowo, odważnie i szybko, było na co popatrzeć. Mieliśmy zdecydowaną przewagę i nawet Małnowicz zdobył gola. Niestety sędzia nie uznał go. Pod wrażeniem tej właśnie części w jednej z gazet wychodzących w Salonikach ukazało się sprawozdanie zatytułowane „Iraklis wygrał mecz jednym strzałem”.

Niestety, niedane było sprawdzić, czy dobra postawa naszej drużyny z drugiej połowy przełoży się na następne spotkania. Do kolejnych meczów bowiem nie doszło, a to, co wydarzyło się później, budziło o wiele więcej emocji, niż pojedynek z Iraklisem, którego wynik i poziom sportowy zeszły na drugi plan. Najpierw były bowiem kłopoty z odnalezieniem naszych kadrowiczów, a gdy już zostali odnalezieni, okazało się, że wracają przedwcześnie do kraju. - „Nie mogliśmy rozegrać następnych spotkań ze względu na fatalne warunki atmosferyczne. Całą Grecję nawiedziły gwałtowne ulewy i boiska o gliniastym podłożu przemieniły się w bajora. Czekaliśmy kilka dni na poprawienie się aury, a pod koniec tygodnia nie byłoby i tak możliwości znalezienia partnera ze względu na rozgrywki ligowe. W tej sytuacji nie pozostało nam nic innego jak spakować bagaże i wrócić do domu” – tak oto tłumaczył zaistniałą sytuację Zientara w Przeglądzie Sportowym. Trzeba przyznać, że na poziomie reprezentacyjnym sytuacja taka nie powinna się zdarzyć, choć trener na łamach Sportu usiłował bronić do końca tego wyjazdu, stwierdzając, że w Grecji, w okresie poprzedzającym odlot, panowała doskonała pogoda. W myśl przysłowia - tłumaczą się tylko winni.

Niewypał – tak w prasie określano wyjazd naszej kadry. W Piłce Nożnej próbowano nazwać sprawy po imieniu, wskazując wprost, że nie tylko pogoda stanęła na przeszkodzie: – „Nasza drużyna wyjechała w „ciemno”, nie wiedząc, z kim będzie grać, gdzie mieszkać i trenować. Próbowano te sprawy wyjaśnić dopiero na miejscu i to z nie najlepszym skutkiem”. I było w tym dużo racji. Okoliczności towarzyszące eskapadzie do Grecji Józef Hałys nazwał w swojej Polskiej piłce nożnej „wielką improwizacją”, nawiązując do naszego wieszcza narodowego. Całkowicie trafnie. Ujawniały bowiem coraz większą nieudolność naszego związku, uwikłanego w różnego rodzaju układy oraz „menedżerów”, jak ten organizujący wyjazd kadry. Zaprowadzi to niebawem nasze piłkarstwo niemal na dno. Nie sposób zauważyć, że ta improwizacja towarzyszyć będzie zespołowi Zientary przez cały okres jego istnienia.

Dokumentacja meczowa

Mecz nieoficjalny:

3 grudnia 1978, Saloniki (Stádio Kaftanzóglio), mecz towarzyski

AÓ Iraklís Saloniki – Polska B 1-0 (1-0)

1-0 – brak strzelca  

Sędziował: ?

Widzów: ?

Kartki: ?

Polska B: Józef Młynarczyk (1953, Odra Opole) – Adam Topolski (1951, Legia Warszawa), Roman Wójcicki (1958, Odra Opole), Edward Załężny (1957, Stal Mielec), Marian Galant (1955, ŁKS Łódź) (? Rudolf Wojtowicz, 1956, Szombierki Bytom) – Henryk Miłoszewicz (1955, ŁKS Łódź), Wiesław Korek (1951, Odra Opole) (? Włodzimierz Ciołek, 1956, Stal Mielec), Eugeniusz Nagiel (1951, Szombierki Bytom) – Edward Socha (1955, Górnik Zabrze) (? Albin Mikulski, 1957, Ruch Chorzów), Wojciech Tyc (1950, Odra Opole), Tadeusz Małnowicz (1953, Ruch Chorzów). Trener: Edmund Zientara.

Opracował: Jacek Morawski

1978-12-03 Iraklís Saloniki – Polska B 1-0